Archiwum z facebooka,  Inspiracje

Matka „zamięciutka”

Po poście o „kolczastych” matkach, zostałam poproszona o napisanie o mamie „zamięciutkiej”. W porównaniu z martwym zimnem matek pierwszej kategorii, ta wydaje się być milutka i puszysta, ale to tylko pozory.

„Zamięciutka” mama, to nadal druciak z naciągniętym grubym mięciutkim futrem. Żadna prawdziwa mama nie jest zawsze i wszędzie obecna i nigdy nie kanciata. Czasem fuknie, czasem futro wyliniałe, ale serce czułe i gorące. Prawdziwa mama, chętnie przytula i karmi, ale też z satysfakcją, choć niepozbawioną lęku, zachęca i obserwuje jak małe dorasta i coraz sprawniej oddala się by z czasem odejść do swojego dorosłego życia. Matka „zamięciutka” tego nie potrafi.

W jej grube futro można się zapaść, w długie kosmyki zaplątać. Z odejściem nie jest wcale tak łatwo. Puszysta miłość ma swoją cenę – dziecku nie wolno dorosnąć. Miękkość futra ukrywa haczyki, które wbijają się w dziecko z każdym słowem podkreślającym jego słabość, niezaradność i wrogość świata poza mamą (oczywiście podane w niebudzącej podejrzeń „puszystej” formie). Jak odejść, jeśli bez mięciutkiej mamy świat jest taki groźny i zły, a ja taka mała i nieporadna? Wszak przy mamie mam wszystko czego potrzebuję i nic naprawdę nie muszę… a to futerko taaakie mięciutkie. Lepiej zostać i nie myśleć, mama pomyśli o wszystkim. Mama jest wszystkim, co mi potrzeba.

Czyżby? Czas nie stoi w miejscu. To co było ratunkiem dla małego dziecka, dla starszego jest już więzieniem. Ograniczeniem w jego rozwoju. Życiodajne mleko matki wspaniale wspiera przez pierwsze lata życia, ale nie pozwoli nam dalej dorosnąć. Potrzeba innych pokarmów. Potrzeba lekcji i wyzwań. Czasem bolesnych i chropowatych – dobrze, jak jeszcze przez jakiś czas mięciutka mama przyjmie i ukoi. Wytrze spłakany policzek i zasmarkany nosek, pomoże się otrzepać, doradzi i powie, że damy radę. A gdy za bardzo się boimy by odejść, czasem, niczym rodzic ptak – wykopie wyrośnięte pisklaki z gniazda – masz już skrzydła, więc leć, reszta należy do Ciebie. Dzięki temu zaczynamy samodzielnie radzić sobie w świecie a z czasem odkrywamy, że sami mamy futro i potrafimy nie tylko ogrzać siebie, ale i dać ciepło innym.

Ale to co jest dojrzałością dla nas i darem dla świata, dla „zamięciutkiej” matki jest piekłem. Kim byłaby bez dziecka? Skąd brać poczucie własnej wartości, jeśli odnalazło się je tylko w poczuciu bycia potrzebną. Jak czuć się silną, jeśli potrafimy ją czerpać tylko z cudzej bezsilności? Co jeśli dziecko jest jedynym co matka „ma”? Przecież nie krzywdzę dziecka, ja tylko tak bardzo je kocham, powtarza sobie „zamięciutka” mama. Tylko to „kochanie za bardzo” nie ma nic wspólnego z prawdziwą miłością. Miłość nie krzywdzi, miłość zawsze kieruje się dobrej drugiego człowieka. Choć „zamięciutka” mama pełna jest wspaniałych deklaracji o dbaniu i trosce, wystarczy obserwować jej reakcje na zdrowe przejawy rozwijającej się dziecięcej niezależności, by zobaczyć czyje potrzeby tutaj się naprawdę liczą. Dziecko początkowo nie rozumie, dlaczego mięciutka mama nagle robi się najeżona i oschła. Gdy chce coś zrobić samo, matka natychmiast biegnie i robi wszystko za niego. Gdy samo eksploruje ono świat, gdy uda mu się coś bez jej asekuracji i pomocy jest foch i łzy. Wkrótce przyswoi obowiązujące zasady – masz być wdzięczny mamie za to, że pomaga Ci sobie radzić, ale pod żadnym względem nie wolno Ci zacząć radzić sobie bez niej. Oczywiście wymaga to narzucenia sobie wielu ograniczeń i uwierzenia, że widać tak jest, że ja się do życia nie nadaję. Taka się widać urodziłam, z defektem, bez futra. Ja sobie po prostu nie poradzę, a mama tak bardzo się o mnie troszczy…

W wersji skrajnej, niczym Adora z serialu „Ostre przedmioty” „zamięciutka” matka z czułością leczy córki z choroby, którą sama na nie ściągała, regularnie je trując. Niczym przedmioty bez praw i uczuć, wykorzystując dzieci by w nieskończoność odgrywać przedstawienie, w którym ma swoją ulubioną rolę kochającej, troszczącej się zrozpaczonej matki – jedyną rolę życiową, w której czuje się naprawdę dobrze.

Od „zamięciutkiej” mamy trudno odejść. Czasem wiemy, że odejścia nie wybaczy nam nigdy. Ale odejść warto, cena pozostania jest bardzo wysoka.
Czasem odejście wymaga odkłamania wielu „prawd rodzinnych”. Lękowego matriksu, rojeń na temat naszej niezaradności, przymusu lojalności i odwdzięczania się. A przede wszystkim odkrycia, że jestem osobną istotą a nie ozdobą na matczynym futrze, czy laleczką do zabawy. Zmierzenia się z rozczarowaniem i żalem, że mama wcale nie cieszyła się naszym wzrostem i dziecięcymi sukcesami, że wcale ich nie chciała. Opłakania swoich niezaspokojonych potrzeb i ignorowanych uczuć. Znalezienia odwagi by zmierzyć się ze światem, choć nie zostaliśmy przygotowani do życia w nim. A czasem brakuje nam nawet codziennych życiowych umiejętności. Przydaje się tu znaleźć grono wsparcia. Ludzi wystarczająco miękkich, by życzliwie pomóc i wystarczająco twardych by nie dać się wciągnąć w próby zrobienia z nich zamięciutkiej mamy zastępczej. Jedną już mieliśmy, wystarczy aż nadto.

Źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/deti.i.ne

Podziel się linkiem:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.