Archiwum z facebooka,  Inspiracje,  Osobiste

Odznaka idealnej ofiary narcyzmu

Ostatnio przypomniałam sobie obóz harcerski, na którym byłam w dzieciństwie. Miałam 13, może 14 lat. ZHP, obóz przytulony do leśniczówki. Namioty, kuchnia polowa i kopanie latryny. Okazja do dobrej zabawy i nauczenia się wielu ciekawych umiejętności, z której niewiele wyszło. Przynajmniej dla grupki najstarszych dziewczyn, do której należałam – dla nas to był obóz pracy.

Było nas 7 i stanowiłyśmy najstarszy zastęp. Poza nami było kilka zastępów młodszych dziewczynek. Mamusie dwóch z nich dowodziły obozem. Obok obóz ZHR, czasem uczestniczyliśmy we wspólnych zabawach i miałyśmy możliwość obserwowania różnicy w dowodzeniu i podejściu obu drużyn.

Taki klasyczny obóz harcerski to kupa pracy. Z początku miało to posmak przygody – stawianie namiotów, robienie mebli z gałęzi itp. Później codzienność to powtarzające się dyżury w kuchni, naprawianie sprzętu obozowego, strzeżenie obozu nocą itp.. Jeśli rozkłada się to na wszystkich obozowiczów, w miarę ich możliwości, to nie ma problemu. Ma nawet wiele zalet – nauka obowiązkowości, poczucie satysfakcji, że robi się coś dla dobra ogółu. Problem gdy większość zadań zostanie zrzucona na małą grupkę osób, w tym przypadku najstarszy zastęp. Bez opcji negocjacji, drużynowa autorytarnie narzucała z dnia na dzień coraz większe obciążenie, bardziej występując w roli matki marudzących małych dzieci, niż osoby odpowiedzialnej za cały obóz.

Nie było dyskusji czy na pewno potrzebne są całonocne patrole, skoro brakuje osób, które mogłyby je pełnić zachowując jakieś minimum snu. Coś takiego jak indywidualne potrzeby starszych harcerek zupełnie nie było brane pod uwagę. Z dnia na dzień okazywało się, że coraz mniej mamy czasu na uczestniczeniu w organizowanych przez sąsiedni obóz zabawach terenowych. Niczym kopciuszek wybierający się na bal, wpierw musiałyśmy uporać się z obowiązkami, które kończyłyśmy po zmroku, gdy już na szukanie czegoś po lesie było za późno.

Harcerki z obozu obok uczyły się technik przetrwania i zdobywały osiągnięcia z tym związane. My słuchałyśmy w kółko te same gawędy o bohaterskich Powstańcach i chwale dawnych królów. Mniej lub bardziej otwarcie wpajano nam brak wartości naszego życia, konieczność poświęcenia dla „większej sprawy”. Powodem do dumy miało być rezygnowanie z własnych potrzeb, jedzenie starych leków, bo po co mają się marnować, obsługiwanie weteranów (na wyprawie do Wa-wy z okazji rocznicy Powstania) przy 35 stopniowym upale na 1 kubku gorzkiej herbaty z rana i szklance kompotu w porze obiadowej. Z zakazem kupowania sobie napojów „bo nie wszystkich stać i byłoby im przykro”.

Dwa dni przed zakończeniem obozu miałyśmy dosyć. Gdy kolejny raz usłyszałyśmy, że dziewczynki się boją i mamy przejąć ich nocny patrol, stwierdziłyśmy, że jesteśmy nieprzytomne ze zmęczenia i MUSIMY się wyspać. Padłyśmy na prycze i spałyśmy do południa.

Oburzeniu nie były końca.

Usłyszałyśmy jak bardzo wszystkich rozczarowałyśmy. Jak to druhny chciały nam dać na koniec jakąś odznakę, ale skoro pokazałyśmy jakie jesteśmy leniwe/nieodpowiedzialne itp. to NIC nie dostaniemy. Za te 2,5 tygodnia zapierdalania jak mały robocik nie usłyszałyśmy nawet głupiego „dziękuję”. Żadnego „przepraszamy, że tyle Wam przywaliłyśmy roboty”. To my zawiodłyśmy zaufanie i nic nam się nie należy. Rozliczono nas z nigdy nie sformułowanej umowy o całkowitym oddaniu dla obozu, jakbyśmy się na nią świadomie zgodziły.

Jest takie powiedzenie: bohaterowie są potrzebni tam gdzie zabrakło profesjonalistów. Obóz był źle pomyślany, źle zarządzany. Dowodzące nie nadawały się do tego zupełnie. Hierarchiczność struktury i mentalności uniemożliwiła rozmowy, negocjacje i szukania akceptowalnych dla wszystkich rozwiązań. Całość obciążeń i konsekwencje zaniedbań zostały zrzucone na tych, którzy chcieli udowodnić swoją wartość, którym zależało. W efekcie wymagano od nas więcej niż powinni. Wszak nasze wakacje kosztowały dokładnie tyle samo co dla młodszych dzieci, ale my znacznie mniej wypoczęłyśmy. Nie tak nam reklamowano ten obóz.

Wtedy nie miałam nikogo dorosłego, który by ze mną o tym porozmawiał. Pomógł wyciągnąć odpowiednie wnioski. Niby wiedziałam, że to było ponad nasze siły, ale jednak miałam poczucie winy, że jeszcze trochę i zostałybyśmy uhonorowane. Chciałam być święta, powyżej wszelkiej krytyki. Wtedy wierzyłam, że tak udowodniłabym swoją wartość.

Przypomniało mi się to w kontekście narcystycznych manipulacji. Możliwe, że nigdy nie dostałybyśmy żadnej odznaki, a nawet jeśli to byłaby to „odznaka frajera” – coś niewartego włożonego wysiłku. Nigdy nie dano nam możliwości poznania panujących zasad, wymagań, kosztów i ewentualnych nagród. Nie było momentu decyzji czy my się na taki układ zgadzamy, zostały one podjęte za nas. Nie było pozwolenia na naszą frustrację, niezadowolenie. Uznania włożonego wysiłku. Owszem, wtedy byłyśmy dziećmi, jednak dokładnie to samo robią narcyzi dorosłym partnerkom. Narzucają wysokie wymagania, na co dzień tylko krytykując jakby ich oczekiwania oznaczały, że mają prawo rozliczać z umowy, której treść tylko oni znają, bez jakiegokolwiek docenienia czy pytania o uczucia i potrzeby innych. One się nie liczą, wpierw musimy udowodnić, że zasłużyłyśmy. Każda granica postawiona ze zmęczenia lub zwykłej chęci zadbania o siebie zostaje nazwana egoizmem, lenistwem. Staje się pretekstem by wyzerować poziom zasłużenia na docenienie, trzeba zaczynać od zera. Poświęcając się jeszcze bardziej, dostając jeszcze mniej.

Gdy brakuje sił narcyz macha marchewką przed nosem – jeszcze trochę się postaraj, już zaraz będzie nagroda. Ale ona nigdy nie przychodzi. Gdy przeskakujesz poprzeczkę okazuje się, że ona jest wyżej. Bo o to chodzi byśmy nigdy jej nie przeskoczyli, ale byśmy cały czas próbowali. Gdyby nam się udało, trzeba by uznać naszą wartość. Uznać nasze potrzeby za równie ważne i uprawnione. Dać nam nagrodę i pozwolić na zasłużony odpoczynek. Ale narcyz nigdy nie daje, on chce tylko brać. Inni mają spełniać nierealne, czasem absurdalne normy, z których jego samego nikt nie rozlicza (albo w jego przypadku są wręcz rodzajem ograniczenia przerobionego na cnotę). Zawsze będzie coś nie tak. Nie ważne, że przyniesiesz co chcą w zębach, przecież jeszcze mógłbyś zrobić to skacząc na jednej nodze.

Gdyby od początku powiedzieli jak będzie wyglądała sytuacja, jak niekorzystny dla nas jest to układ, to każdy by uciekł. Dlatego co innego się deklaruje, co innego robi. Podgrzewa wodę stopniowo, dorzuca obowiązków, przekracza kolejnie granice – ale przecież „to nic”, „nie będę robić problemu z takiej pierdoły”. I tak kawałek po kawałku, wtedy żaba się nie zorientuje aż będzie za późno i ugotuje się żywcem. Uświadomi, że straciła czas, siły, nerwy, pieniądze itp. i w zamian nie jest traktowana nawet jak człowiek. Jest tylko przedmiotem, który ma służyć, pozwalać narcyzowi żyć wygodnie, nie konfrontować się z tym co boli. Pasować do założeń, do wymyślonego obrazka. Wręcz go podtrzymywać. Gadanie o wartościach, przy braku elementarnej przyzwoitości.

Wiele osób ma w swojej przeszłości różnego rodzaju zdrady i rozczarowania, przez które nie przeszli świadomie, mogąc wtedy tylko je przetrwać. Nawet po latach warto z pozycji wewnętrznego wspierającego rodzica nadrobić zaległości i porozmawiać z wewnętrznym dzieckiem. Uprawomocnić jego uczucia i potrzeby. Pomóc być może po raz pierwszy świadomie przeżyć to co wtedy czuło i zamknąć to za sobą.

Podziel się linkiem:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.