Archiwum z facebooka,  Inspiracje,  Osobiste

Pozwól innym być takimi jacy są

Czasem zaczynamy coś robić, zmieniać w swoim życiu, ale by przerobić lekcję do końca, trzeba do tego dojrzeć, nowa świadomość musi dotrzeć na wszystkie poziomy. U mnie się właśnie coś takiego zadziało. Refleksje poniżej.

Wiele osób w Polsce, wychowanych w mniej lub bardziej dysfunkcyjnych rodzinach, ma problem z granicami. Nie potrafimy stawiać ich innym – w sytuacji gdy je naruszają reagujemy albo bezradnością albo agresją. Kombinujemy, gramy w dziwne gierki by mieć argumenty i powody do akceptowanego w dysfunkcyjnej rodzinie/społeczności obronienia się. Często przez udowodnienie, że to my mamy rację, że akurat ten atak był nieuzasadniony, ale ogólnie akceptując czyjeś prawo do rozliczania nas z naszego życia. Ale też sami nie do końca czujemy, że przekraczamy granice innych ludzi. Z troski, ciekawości lub współuzależnionego przymusu kontroli, a czasem zwykłej chęci zrobienia sobie dobrze cudzym kosztem, nie ważne jak racjonalizowanej, wchodzimy z butami w cudze życie. Dajemy sobie prawo do tego by oceniać, pouczać, zawstydzać, zadawać ból. Staramy się wychować dorosłych ludzi do życia wg naszych wyobrażeń, karzemy ich za to, że tych oczekiwań nie spełniają. Racjonalizujemy, że to przecież dla ich dobra, że może nie zdają sobie sprawę z tego jak z nimi jest źle i trzeba im to uświadomić. Wg obowiązujących norm społecznych lub naszych prywatnych czy rodzinnych, chcemy wstydem, przymusem czy różnymi rodzajami szantażu emocjonalnego zmusić innych ludzi by się zmienili. Zazwyczaj wydaje nam się to ze wszystkich stron sprawiedliwe i uzasadnione, bo czy nie mamy moralnego prawa „uświadamiać” kogoś, że nas skrzywdził? Że źle robi? Czy to będą krzywdzący lub zaniedbujący w dzieciństwie rodzice czy przemocowy małżonek – zamiast postawić granice zachowaniu i zająć swoimi uczuciami, potrzebami i poczuciem krzywdy oraz zaakceptować, że druga osoba jest jaka jest i na tym etapie nie chce lub nie potrafi wziąć odpowiedzialności za to co zrobiła, my czasem latami pielęgnujemy w sobie żal, pretensje, poczucie krzywdy i domagamy się przyznania do winy i jakiegoś zadośćuczynienia. Jakby licząc, że dzięki temu w magiczny sposób to co się stało zostanie wymazane i przestanie boleć. A my nie będziemy musieli konfrontować się z tym co bolesne w nas, co nam dana sytuacja pokazała – nasze poczucie niskiej wartości i niezasługiwania na to co dobre, silne emocje. Wcześniejsze traumy, które nam się nałożyły na tą sytuację i tak bardzo męczą. Lustereczko, które w postaci innej osoby pokazało nam z czym my mamy problem. Ale to tak nie działa. Tak jak wiele pokoleń przed nami próbujemy radzić sobie z sytuacją w nieskuteczny sposób.

Zamiast latami tańczyć w tą dziwną grę krzywdo-winy a jednocześnie czuć się wiecznie ofiara innych osób, możemy wziąć odpowiedzialność za swoje granice i to co jest po naszej stronie. Uznać, że jesteśmy dorośli i czas wychowywania nas przez innych się skończył. To ja decyduję czy, z kim, w jaki sposób i na jakich warunkach będę rozmawiać na dany temat. Bez względu na to czy ktoś deklaruje, że robi to z troski / bo inaczej się z nami rozmawiać nie da, czy atakuje oskarżeniami, że unikamy rozmowy bo coś ukrywamy/wstydzimy się/ nie mamy odwagi spojrzeć prawdzie w oczy, możemy uprzejmie acz stanowczo powiedzieć komuś – to nie Twoja sprawa.

Są sprawy, które trzeba wyjaśnić z osobami, których one bezpośrednio dotyczą np. domownikami, partnerem, choć tutaj też mamy prawo stawiać granice odnośnie np. czasu i sposobu rozmowy, też nie wszystko co mnie dotyczy jest sprawą bliskiej mi osoby, to jednak nie jest w porządku od pewnych tematów całkowicie uciekać, Ale rodzic, dziadek, dalsza rodzina, znajoma w pracy czy sąsiadka, to są osoby, które mogą mieć jakieś interesy w tym by „omawiać” nasze sprawy, nasze problemy, wybory, nasze życie ale my nie mamy obowiązku z nimi o tym rozmawiać. To moje życie, moje wybory, mój los. Mogę się mylić, popełniać błędy, ale mam do tego prawo a także prawo by odmawiać rozmowy z osobą, która ma wobec mnie nieczyste intencje, która nie szanuje moich granic, uczuć i potrzeb. A czasem zwyczajnie bo w danym momencie nie mam na to ochoty. Wiem, że jest źle, pracuję nad tym i kolejna rozmowa nic nie pomoże. Jeśli potrzebuję pomocy to mogę zwrócić się do specjalistów i nie muszę się tłumaczyć ludziom, którzy niewiele wiedzą a jeszcze mniej rozumieją, a czasem zrozumieć nie chcą.

To, że oni sobie dają prawo do przekraczania naszych granic, nie znaczy, że je mają. To tylko kod rodziny, społeczny, przyzwyczajenie, że zawsze mogli. Inni mają tyle praw ile sami im damy. Czas pewne prawa innym ludziom odebrać. A inne przyznać. Bo stawianie granic działa tylko gdy obowiązuje w dwie strony. Nie mogę konsekwentnie stawiać komuś granic, jeżeli sama daję sobie prawo do ich przekraczania. O ile w pełni mam prawo chronić siebie i dbać o swoje uczucia i potrzeby stawiając granice cudzemu zachowaniu, także cudzym „wykładom” na mój temat czy pomówieniom publicznym, to opinia jaką ktoś ma o mnie, nie jest moją sprawą. Może być to dla mnie przykre i mogę uważać to za niesprawiedliwe, ale inni ludzie mają prawo do subiektywnych ocen, głupoty a nawet urojeń. Mogę wyrazić co na ten temat myślę, że nie mam prawa biegać za kimś i wywierać na niego presji by własne przekonania i osądy zmienił.

To co on myśli o mnie to jego sprawa. Mogę go z tym zostawić. Z jego niezrozumieniem, zaślepieniem czy czymkolwiek o co go osądzam. Czego tak naprawdę nie rozumiem i nigdy do końca nie zrozumiem, bo to sprawa między tą osobą a jej sumieniem. To by sobie poradzić z jego zachowaniem i postawą wobec mnie, to moja sprawa. Przekierowując energię z krucjaty umoralniającej na nasze życie, mogę zająć się swoimi uczuciami i emocjami. Dać sobie to co potrzebne by rany się zagoiły. Wyciągnąć wnioski z własnych błędów i zadbać o swoje dalsze życie. Ale skupiać się na innych jest łatwiej. Ja zajmuję się Tobą i Twoim życiem, Ty zajmujesz się mną, nikt nie zajmuje się sobą samym. Razem tańczymy ten dziwny taniec, choć pełni wzajemnych żalów i pretensji, to tak sobie potrzebni w tej wspólnej ucieczce od tego co siedzi w nas. Ja czuję jak bardzo jestem tym tańcem zmęczona, a Wy?

Oddaję Wam co Wasze, biorę do siebie co moje. Zwracam Wam wolność i zwracam wolność sobie. Przestaję zbawiać świat i nawracać innych ludzi. Odbieram innym prawo do naprawiania mnie wg ich wyobrażeń jaka być powinnam. Współpracuję z ludźmi na jasnych zasadach ze wzajemnych poszanowaniem naszych granic. A przede wszystkim pozwalam sobie zająć się tym od czego uciekałam, a co tak bardzo wymaga mojej życzliwej uwagi i konsekwentnych działań. Pozwalam sobie być sobą i pozwalam innym być sobą. Stawiam granice zachowaniom, których już nie chcę doświadczać oraz pozwalam odejść tym, którzy uszanować ich nie chcą. I pozwalam sobie na smutek i żal, bo oznacza to, że pozbycie się złudzeń na czym bazowały niektóre relacje.

I jeszcze czasem czuję jakiś opór, poczucie, że to nie jest sprawiedliwe – pozwolić innym by „dalej byli źli”…. Tylko co to moje „niepozwalanie” zmienia? Oni są jacy są i żadne moje działanie czy słowa np. nie nauczą empatii osoby, która jej nie posiada. A skupiając się na nich trzymam ich blisko siebie, nawet jeśli tylko mentalnie – ciągle zajmuję się nimi a nie sobą. I choć to tak wiarygodnie brzmi, że cierpię przez nich, to od dawna cierpię już głównie przez siebie. Nadal ważniejsze jest to co ktoś sobie pomyśli, niż to jak ja się czuję. Sama podtrzymuję wmawiany mi kod, że na miłość i szacunek muszę sobie zapracować, muszę je wywalczyć. Więc kończę z jedynymi dostępnymi w dzieciństwie mechanizmami radzenia sobie pt. wpłynę na innych by dali mi to czego potrzebuję i zaczynam dawać sobie bezpośrednio z poczuciem, że na to zasługuję. Przyciągam tych ludzi, którzy chcą i potrafią dawać już teraz.

Im bardziej to uświadomienie dociera coraz głębiej, tym większe dzieją się cuda.

Życzę Wam wiele wzajemnej wolności w relacjach.

Podziel się linkiem:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.