Inspiracje,  Osobiste

Siła słabości

Ostatnie wydarzenia, gdzie doświadczyłam grupowej przemocy i manipulacji, były dla mnie okazją do tego by świadomie przejść przez różne etapy radzenia sobie z taką sytuacją i nie tylko przekonać się, że sobie radzę, ale też jakie jeszcze niekoniecznie najlepsze mechanizmy obronne mi się odpalają. Dały też okazję do wielu refleksji na temat całego zjawiska.

To co opiszę jest prawdziwe zwłaszcza przy przemocy narcystycznej, czy innej długotrwałej i konsekwentnie mającej na celu osłabienie drugiej osoby. Przemoc często ma konkretny cel – zmuszenie nas do jakiegoś działania czy też zrezygnowania z niego. Utrzymanie nas pod kontrolą, czy zwykłe regulowanie sobie emocji naszym kosztem. Ja chciałabym opisać pewien mechanizm, który w pewnym sensie jest narzędziem przemocy, ale też jej ukrytym celem. A uznanie go za prawdę ma długotrwałe negatywne konsekwencje dla naszej psychiki i całego naszego życia.

Przemocowa definicja słabości.

Zwróciło moją uwagę, tak często też powtarzany przez klientki, które doświadczyły przemocy w związku i /lub dzieciństwie – nazywanie (lub traktowanie w jakiś sposób) ich emocjonalnych, ludzkich reakcji – słabością. A słabość w oczach osób przemocowych zasługuje na najwyższą pogardę. Mało kto, chyba tylko psychopaci bez jakiegokolwiek sumienia i szacunku dla norm społecznych, powie wprost – krzywdzę Cię bo mam ochotę, bo lubię. Zazwyczaj jednak za atakiem idzie jakaś forma jego usprawiedliwienia, udowadniająca, że sami jesteśmy sobie winni bo nie można było inaczej zareagować skoro my…. Sami się prosiliśmy, zasłużyliśmy, gdybyśmy nie byli tacy czy inni to oni by nie musieli.

Jeżeli mówi to osoba występująca w roli autorytetu jak rodzic do dziecka, osoba od której jesteśmy zależni, lub też sprytny manipulant, który potrafi odwrócić kota ogonem, a my nie za bardzo ufamy sobie na tyle by bronić swojej prawdy (a tak bardzo chcemy by przestało wreszcie boleć), to zaczniemy wierzyć, że tak właśnie jest. Że to my odpowiadamy za to co się stało. Wtedy zaczynamy dopasowywać się do często nieprecyzyjnych oczekiwań innych. Nieprecyzyjnych, bo gdyby je jasno sformułowali to łatwiej byłoby zobaczyć jakie są absurdalne, ale w uogólnionym zarzucie zawsze znajdzie się kawałek prawdy.

Każda empatyczna i refleksyjna osoba przyzna, że przecież nie jest idealnie jakaś, że może mogła powiedzieć/zrobić/napisać coś inaczej.

Bez względu na to jakie realne błędny popełniliśmy, absolutnie nic nie usprawiedliwia przemocy wobec nas, jednak nasza kultura od dziecka uczy nas, że przemoc jest normalna i uzasadniona. Można nas karać i „wychowywać do bycia lepszym” i potem wchodzimy w to jak w masło.

Wszelkie przejawy emocjonalnej reakcji na przemoc, a każdy, jak się go wystarczająco długo czy mocno dziobie, w końcu zareaguje, są interpretowane jako nasza nadwrażliwość, histeria, nieuzasadniona agresja… dowód na to, że jesteśmy słabi, żałośni. U osób, które same wyparły kiedyś własną krzywdę, nasza reakcja porusza ich bolesne struny. Aby się bronić, z tym większym zacietrzewieniem atakują nas, udowadniając we własnych oczach, że wszystko ok, takie nic jak my po prostu zasłużyło, nic się nie stało. Czasem przeradza się to w prawdziwą narcystyczną furię, gdzie atakuje się drugą osobę tam gdzie boli najbardziej, by maksymalnie upokorzyć, osłabić. Bo celem już nie jest tylko wymuszenie czegoś, celem jest zniszczenie. Może do tego dojść działanie by skompromitować nas publicznie, a przynajmniej w najbliższym gronie przemocowca. Niech cały świat zobaczy, jakimi niczym jesteśmy. Niech nikt nie przypomina atakującemu, że może jest inaczej.

Taka zajadłość i podłość a jednocześnie całkowita niemoc zatrzymania tego co się dzieje, wpłynięcia na zachowanie drugiej osoby, budzi szok, przerażenie, olbrzymi ból a przede wszystkim ogromne poczucie bezradności. A to jest jedna z emocji, której boimy się najbardziej i od której najszybciej próbujemy uciec. Uderza ona w nasze poczucie bezpieczeństwa.

Chcemy mieć choć złudzenie kontroli, inaczej sytuacja jest trudna do zniesienia.

Niestety niesie to pokusę, by zacząć grać wg reguł narzuconych przez przemocowca. Uznać jego argumenty, jego metody i chcieć się bronić przez nie danie drugi raz pretekstu do ataku. W tym momencie już przegraliśmy, nie tylko tą bitwę, ale i samych siebie.

Jeśli przyjmiemy to nastawienie i uznamy swoją „słabość” za przyczynę problemów, odcinamy się od kawałka siebie. Stajemy po stronie katów przeciwko emocjonalności naszego wewnętrznego dziecka i patrzymy na siebie ich oczami. Internalizujemy nienawistne głosy w formie wewnętrznego krytyka i sędzi i karzemy siebie za każde przejawy „niedoskonałości”, każdą słabość, każdy dowód, że jesteśmy… po prostu człowiekiem. Podświadomie liczymy, że zapewni nam to bezpieczeństwo. Że w końcu wymusimy na sobie stanie się silnym i Ci i inni podobni, którzy nas tak boleśnie atakowali, dadzą nam spokój. Udowodnimy im wszakże, że jesteśmy tacy jacy być powinniśmy.

Ale to nie zadziała, bo to nie w nas była przyczyna przemocy, tylko pretekst.

A zawsze jakiś się znajdzie. Zresztą idea stania się człowiekiem wolnym od niedoskonałości i słabości, od początku była skazana na porażkę. Coś takiego nie istnieje. Ci, którzy nas atakują, nie robią tego dlatego, że my jesteśmy niedoskonali, ale dlatego, że oni tacy są – nie radzą sobie z samymi sobą. Jaka to siła, gdy ktoś musi poniżać drugą osobę, czasem nawet bezbronne dziecko, by choć przez chwilę poczuć się lepiej?

Co więcej, to co nam zrobiono, to co sami sobie zrobiliśmy, właśnie uczyniło nas naprawdę słabymi. Tracimy dostęp to tego co w nas autentyczne, żywe, do kreatywności i wszelkiego potencjału, który właśnie przejawia się przez tą wrażliwą część nas, do związanych z naszymi emocjami mechanizmów uzdrawiania i samoregulacji. Właśnie wypierając się „słabości”, skazujemy się na wieczne życie przytłoczone wstydem. Bo przyjęliśmy to co chciano przerzucić na nas i uznaliśmy to za prawdę o nas, z całą pogardą jaka się z tym wiąże. Dopóki idziemy tą drogą, już nigdy sami ze sobą nie będziemy czuli się naprawdę dobrze. To będą tylko chwile, powierzchowne, płytkie i zakończone jeszcze większą codzienną niechęcią i odrzuceniem.

Koszt wyparcia się emocjonalnej, ludzkiej części siebie jest ogromny.

Jeśli ktoś Cię skrzywdził, a ty płaczesz, nie oznacza to, że jesteś słaba i nie radzisz sobie z tą sytuacją, ale właśnie płacząc RADZISZ SOBIE z tym co się stało. Mamy w sobie instynktowne zachowania i mechanizmy, które pozwalają nam radzić sobie z trudnymi doświadczeniami silnego stresu, przekroczenia granic, utraty tego co dla nas ważne. Dzięki emocjom i towarzyszącym im reakcjom fizjologicznym wytwarzają się lub też właśnie są usuwane, różnego rodzaju substancje, dzięki czemu szybciej, albo i w ogóle wracamy do równowagi. Dysocjacja, odcięcie jakie występuje w traumie, nie pozwala przeżyć emocji i dokończyć tego procesu, dlatego nie można zamknąć za sobą przeszłości i ona wraca do nas w różnej postaci flashbacków i problemów psychosomatycznych.

Pozwolenie sobie na to wszystko, stanowi element odporności psychicznej. Owszem, czasem te ewolucyjne mechanizmy zadziałają nieadekwatnie do sytuacji i zamiast możliwości oszczędzania energii, powstrzymania się od nieprzemyślanego działania, opcji zobaczenia wszystkiego w pozbawionym różowych okularów racjonalnym świetle i pogodzenia się z tym czego nie możemy zmienić – to daje nam smutek, możemy mieć ciężką depresję, wtedy należy skorzystać z pomocy psychiatry by uregulować pracę mózgu. Ale nie od razu, nie by nic nie czuć.

Jeśli coś nam się przykrego, bolesnego, rzucającego nas na kolana przydarzy pozwólmy sobie płakać. Jeśli czujemy taką potrzebę to nawet wyć, chodzić i trząść się, biegać, tańczyć, pisać wiersze, malować, śpiewać – wyrzućmy te emocje z siebie tak jak tego potrzebujemy. Już nawet badania naukowe pokazują, że osoby, które pozwalają sobie na większą ekspresję emocjonalną – są zdrowsze.

Jeśli mamy kontakt z emocjami, jesteśmy żywi. Jeśli coś jest już w swobodnym przepływie zablokowane, warto skorzystać z warsztatów lowenowskich, czy innych metod pracy z emocjami i ciałem, by przepływ przywrócić.

Dopóki jesteś żywa, wszystko jest możliwe.

Po bólu przyjdzie spokój. Zrozumienie. Wyciągniesz wnioski i będziesz żyć dalej mądrzejsza i silniejsza.

Rozwój nie jest możliwy dla ludzi psychicznie martwych. Odciętych od siebie, wypierających swoje emocje. Także sposobów radzenia sobie z tym co przynosi życie jest mniej, a emocje przecież nie znikają. Pozostaje tylko zniszczenie kierowane do siebie, w formie autodestrukcyjnych zachowań typu uzależnienia, lub na innych, stając się kolejnym ogniwem łańcucha przemocy.

Psychicznie martwych ludzi drażnią ludzie żywi.

Przypominają o tym co oni utracili, poruszają bolesne struny. Dlatego człowiek psychicznie martwy zrobi wszystko, by ściągnąć innych na swój poziom. Zalać jadem, przygnieść wstydem. Jeśli wywoła agresywną reakcję będzie mógł zakrzyczeć – patrz, nie jesteś lepszy, jesteś taki sam jak ja! Jeśli zabije w nim to co wrażliwe, jeśli drugi człowiek stanie się taki sam jak on, to przynajmniej nie będzie drażnił swoim istnieniem. I będzie można z nim grać w nieskończoność w przerzucanie się winą i wstydem.

Stanąć w prawdzie. Być i nie uciekać od tego co boli, jest trudno. Ale warto. Możesz dać sobie wszystko co potrzebujesz, żeby sobie pomóc. Możesz sięgnąć po pomoc innych, bo akceptując, że twoje doświadczenie jest normalne, ludzkie i zasługujesz na wsparcie, możesz je dostać. Są na świecie ludzie przemocowi, zamknięci, ale są też ludzie dobrzy, żywi – otwartym sercu, gotowi pomóc, ale trzeba poczuć się godnym i wyciągnąć dłoń.

Trzeba będzie postawić granice, przepracować wzorce podatności, czasem zupełnie wyjść z pewnym środowisk i sytuacji, ale czerpiąc siłę i pewność ze swojego wnętrza – dasz radę. Z każdym dniem będzie coraz lepiej. I możesz to zrobić po swojemu, z otwartym sercem na siebie i świat. Bo świat zawsze oddaje.

Bądźcie żywi. Czy inaczej warto żyć?

Podziel się linkiem:Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email

2 komentarze

  • Anonim

    Piękny tekst, całkowicie do mnie przemawia i rezonuje ze mną. Mam nadzieję, że kiedyś przepracuję ten schemat i będę potrafiła bez nerwów reagować na przemoc w relacji. Wiem, że to możliwe. Zawsze żal mi tych przemocowców. Czy dla nich też jest ratunek?

    • Agnieszka Sulikowska

      Narcystyczne zaburzenie osobowości to jedno z najtrudniej podlegających terapii tematów. A i tak większość takich przemocowych osób na terapię nie trafi, bo to przecież w innych jest problem, z nimi jest wszystko ok…. Może być ich żal, bo to w środku niesamowicie skrzywdzeni i cierpiący ludzie, ale nie powinno się im okazywać więcej uwagi i życzliwości niż sobie. Oni mają wybór, mogą iść na terapię – nie robią tego. Nie mają prawa krzywdzić innych a to robią, bo tak łatwiej. Nic tego nie usprawiedliwia. Zamiast starać się ich zmienić lepiej otwierać się na budowanie relacji z dojrzałymi ludźmi. Tu nasz wysiłek da coś dobrego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.